niedziela, 20 sierpnia 2017

1. Sławna paranoiczka

                Patrzenie na własny list gończy było zabawne. Wizerunek przedstawiał moją osobę, od pasa w górę. Brązowe włosy poplątane, układające się w nieskładne fale opadały na moje ramiona, a niewiarygodnie szare, niemal pozbawione koloru oczy wpatrywały się z pogardą przed siebie. Usta wykrzywiały się w szyderczym uśmiechu, a na twarzy, nienaturalnie bladej, po której błąkał się cień szaleństwa, znajdowały się kropelki potu, może nawet łez. Pamiętałam, kiedy zrobiono to zdjęcie, jedyne moje zdjęcie, jakie posiadał rząd. Złapali mnie, bo ja niezdara potknęłam się, biegnąc. W jakimś pokoiku, w którym można było nabawić się klaustrofobii, próbowano mnie przesłuchać. W pewnym momencie zrobiono owo feralne zdjęcie, a ja zaraz po tym splunęłam oficerowi w twarz i zwiałam. Ta fotografia idealnie pokazywała mnie jako Joy – obłąkaną morderczynię, jedną z wyklętej siódemki, kobietę, która własnymi rękami odebrała życie czterem członkom Komitetu Zmiany – organizacji, która bezsprzecznie rządziła naszym (podobno idealnym) światem.
                Zaśmiałam się gorzko i odeszłam, przygładzając dłońmi blond włosy peruki, która była nieodłącznym elementem mojego kamuflażu. Do tego przeciwsłoneczne okulary na nosie oraz sztuczny pieprzyk nad górną wargą i nie było opcji, aby ktoś mnie rozpoznał. Moje przebranie musiało być całkiem niezłe, bo od czasu, kiedy zrobiono owo zdjęcie, nikt nie złapał mnie ani razu. Chociaż pewnie wpływał na to również fakt, że od tamtej pory starałam się nie wychylać i trzymałam się z daleka od miast. O ironio, w tamtym momencie pierwszy raz od pół roku znajdowałam się w głębi jednego z większych i bardziej chronionych miast – mieście centralnym, które jak każde inne znajdowało się w środku danego sektora i było jego stolicą.
                Miasto centralne było jedyne w swoim rodzaju, żadne inne miasto, które znajdowało się w tymże sektorze, nie było w stanie dorównać mu wielkością oraz nowoczesnością. Metropolię przepełniały gigantyczne wieżowce, a wszechobecne reklamy niemal oślepiały. Wszystko to tak wyraźnie kontrastowało z tym, co znałam – z biedą i zacofaniem, jakie panowały w zakładach pracy, gdzie mieszkali i ciężko pracowali ludzie z nizin społecznych. Natomiast w miastach centralnych skupiała się tak zwana Elita, do której należeli obrzydliwie bogaci i uprzywilejowani ludzie. Od razu można było ich rozpoznać na ulicy – zawsze wystrojeni w najdroższe kreacje, czasem nieco dziwaczne według mnie. Wiedziałam, że nigdy nie będzie dane zrozumieć mi ich mody.
                Było coś koło pierwszej w nocy, kiedy niepośpiesznym krokiem z rękami wciśniętymi w kieszenie szłam w stronę głównej bramy – jedynego wyjścia z tego miasta, które jak każde centralne otoczone było ogromnymi, masywnymi murami. O dziwo, mimo tak późnej pory metropolia tętniła życiem – cały czas mijałam roześmianych ludzi z Elity. Niektórzy przesiadywali w restauracjach i popijając wino, prowadzili jakże interesujące konwersacje na temat nowych szpilek jakiejś aktorki. Inni szli z wysoko uniesionymi głowami na spacerek ze swoimi pieskami nienagannie uczesanymi, prowadzonymi najczęściej na złotej smyczy. Rzygać mi się chciało, jak na nich patrzyłam, a jednocześnie w głębi serca zazdrościłam im tej ich beztroski, której nigdy nie zaznałam. Pieprzeni szczęściarze. Nienawidziłam ich równie mocno co Komitetu, czy też ich miast centralnych. Tak właściwie to wielu rzeczy nienawidziłam.
                Skręciłam w lewo i przeszłam jeszcze kawałek, zanim przystanęłam na niewielkim moście, gdzie miałam spotkać się z moją starą przyjaciółką. Oparłam się o barierkę i wbiłam wzrok w spokojną rzeczkę, w której odbijał się księżyc. I czekałam, o dziwo bez nerwów, chociaż byłam strasznie niecierpliwa. Czekanie było dla mnie udręką, bo zazwyczaj wiązało się ze wspominaniem.
                A ja nie miałam wspomnień, które nie niosłyby ze sobą bólu.
                Nie chcąc niepotrzebnie zagłębiać się w przeszłości, skupiłam się na tym co jest teraz, ale i to nie było lepsze. Obecnie moje życie było pozbawione jakiegokolwiek sensu, co wcale nie było żadnym moim wyolbrzymieniem problemu. Ja naprawdę nie miałam po co żyć ani dla kogo. Ta myśl towarzyszyła mi na każdym kroku, przypominając, jak okropne jest moje życie, a raczej jego brak. Bo ja po prostu byłam, egzystowałam, nic po za tym. Nie miałam już marzeń, nie miałam już pragnienia zemsty, które napędzało mnie przez ostatnie kilka lat, ani też innego celu, do którego mogłabym dążyć. Brzmiało to przygnębiająco niczym gadka przyszłego samobójcy. Czy miałam depresję? Nie, chyba nie, chociaż na jakieś zaburzenia psychiczne prawdopodobnie cierpiałam – powszechnie przyjęto, że jestem szalona (chociaż spekulowałabym, kto tu jest szalony) i mam paranoje. Warto też dodać, że miałam problemy z samoakceptacją i prawdopodobnie byłam socjopatą. Ta, uroczo.
                Kiedy dostrzegłam, że ona nadchodzi, odepchnęłam się od barierki, po czym omiotłam ją dość zdystansowanym spojrzeniem. Felicity nic się nie zmieniła. Wciąż była trochę wyższa ode mnie i szczupła, ale nie wychudzona jak ja. Jej niebieskie włosy opadały swobodnie na ramiona, a brązowe oczy lustrowały mnie uważnie. Swoje pełne usta miała podkreślone ciemnofioletową szminką, a z jej lewego ucha zwisał długi, złoty kolczyk, przypominający trochę haczyk. Ubrana była w czarną bluzkę z koronkowymi rękawami, nieprzyzwoicie krótką spódniczkę w tym samym kolorze oraz niebieskie trampki. Na jej głowie umiejscowiony był czarny kapelusz, a na ramieniu torba ze złotymi zdobieniami, w której trzymała swojego niezastąpionego laptopa. Wyglądała tak samo, jak dwa lata temu, kiedy ostatni raz się widziałyśmy – wciąż na pierwszy rzut oka nie przypominała najlepszej hakerki i speca od komputerów, jaki chodzi po ziemi.
                 – Felicity – odezwałam się pierwsza, a ta zatrzepotała długimi, sztucznymi rzęsami. – Dawno się nie widziałyśmy. Co u ciebie? – powiedziałam, starając się brzmieć lekko, ale chyba wciąż było widać, że jestem spięta. Ona z resztą też nie była zbyt rozluźniona, co zdradzały jej mocno zaciśnięte usta i nerwowe postępowanie z nogi na nogę. Już nie byłyśmy tymi dziewczynami co kiedyś – byłyśmy niebezpieczne. Obie potrafiłyśmy rujnować życia, chociaż każda na swój sposób. Nie wiedziałam, czy wciąż mogę ją nazywać swoją przyjaciółką – przecież obie się zmieniłyśmy. Nie znałam jej i ona mnie też nie. Już nie.
                – Po co chciałaś się spotkać? – odpowiedziała Felicity rzeczowym tonem, ignorując moje wcześniejsze słowa. Skrzyżowałam ręce na piersi i zacisnęłam usta.
                – Jak bezpośrednio. Nie chcesz nawet zapytać co u mnie? – zapytałam złośliwie, a dziewczyna prychnęła.
                – Jakbym musiała. Każdy, kto ma telewizor, wie praktycznie wszystko, co się dzieje ze słynną Joy – odparła, jakby z wyrzutem. Nie rozumiałam, co mogłaby mieć mi za złe.
                – Telewizja czasem koloryzuje niektóre rzeczy. A nawet śmiem stwierdzić, że większość – burknęłam, mając nadzieję, że Felicity nie wierzy we wszystko, co widzi na ekranach. Gdyby sądziła, że jestem prawdziwie niebezpieczną kryminalistką, przyszłaby się ze mną spotkać? Pewnie nie. Tego się trzymałam.
                – Nieważne – ucięła dyskusję – Powiesz, co się stało? Jeśli w ogóle coś się stało?
                – Potrzebuję twojej pomocy…
                – Och, domyślam się – przerwała mi zuchwale dziewczyna. Niezrażona kontynuowałam.
                – Musisz wprowadzić moje fałszywe dane do systemu rządowego, inaczej znowu mnie dorwą. Ostatnio, jak próbowałam czmychnąć z miasta, zatrzymało mnie dwóch żołnierzy, wiesz rutynowe sprawdzenie, w końcu wciąż szukają tej Joy i innych z wyklętej siódemki. Na co ja podaje mu moje sfałszowane dane, pokazuje dokumenty, a jego koleżka sprawdza bazę danych. No i patrz, nie ma tam nikogo takiego jak Allegra Fry, to ci niespodzianka.
                – Masz tupet, wiesz? – Spojrzałam na nią, nie mając pojęcia, o co jej chodzi. – Już raz dałam ci szansę na nowe życie, wykasowałam wszystkie wzmianki o tobie w systemie, mogłaś zacząć od nowa. A ty to wszystko zmarnowałaś, na rzecz czego? Zemsty, która i tak nie dała ci nic, co? – Wywróciłam oczami.
                – Skończyłaś swoje kazanie, siostro? – spytałam, a Felicity posmutniała nagle, jakby ogarnęła ją nostalgia podobna do mojej, gdy ją zobaczyłam. Prawda była taka, że chociaż nie łączyły nas żadne więzy krwi, to uważałam ją za moją siostrę, była moją najlepszą przyjaciółką, na którą mogłam liczyć.
                Była. Czas przeszły.
                Czy wtedy nadal mogłam nazywać ją moją siostrą? Nie wiedziałam, ale to zrobiłam.
                – Źle wyglądasz, wiesz? Wciąż dręczą cię koszmary? – Nie odpowiedziałam. Skąd wzięły się w niej nagle te pokłady empatii i współczucia? Nie potrzebowałam ich, one i tak nie były w stanie niczego zmienić.
                – Pomożesz mi czy nie?
                – Jak bezpośrednio – Felicity uśmiechnęła się blado.
                – Bez ciebie nie mogę się stąd wydostać – przyznałam w końcu, dość niechętnie. Nie znosiłam mówić o swoich słabościach. – Miasto centralne to kompletnie inna liga niż jakieś tam małe miasteczko na granicy sektorów. Jeżeli tutaj dowiedzą się, kim jestem, nie uda mi się uciec, za dużo mają tu żołnierzy – wytłumaczyłam. – Felicity, proszę – dodałam, a dziewczyna westchnęła ciężko.
                – Ostatni raz – zarzekła się. – Nie proś mnie o to więcej. Ja skończyłam już z tym… ja ułożyłam sobie życie – Miałam wrażenie, że chciała dodać jeszcze w odróżnieniu od ciebie, ale tego nie zrobiła. – Nie chcę zniszczyć tego wszystkiego, co zbudowałam przez te dwa lata. Do jutra postaram się to załatwić, ale… nie kontaktuj się ze mną więcej. – Poczułam się tak, jakby mnie spoliczkowała. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że nie mogę jej winić. Gdybym była na jej miejscu postąpiłabym tak samo, zapewne dużo wcześniej niż ona. A jednak nie potrafiłam powstrzymać fali smutku, jaka mnie ogarnęła. Mogłam jedynie ukryć swój żal przed innymi, zachowując kamienną twarz. Tak też zrobiłam, kiwając głową w fałszywym zrozumieniu.
                 – Bardzo ci na nim zależy, prawda? – Domyślałam się, że chodzi o jakiegoś faceta. Tylko przez tak absurdalne uczucie, jak miłość Felicity mogła pragnąć, się ustatkować, puścić w niepamięć swoją niebezpieczną przeszłość i pozbyć się ze swojego życia tak kłopotliwej osoby, jak ja. Chciała kogoś chronić, dlatego odcięła się od tej całej ryzykownej konspiracji. Kiedy przytaknęła, znów oparłam się o barierkę mostu, w zadumie wbijając wzrok w rzekę. Nie chciałam niszczyć jej życia, nie zasługiwała na to, przecież była dla mnie jak siostra. Ale byłam straszną egoistką i ciężko było zaakceptować to, że więcej się z nią nie zobaczę.
                – Żałuję, że tak wyszło – powiedziała jeszcze Felicity nim odeszła, zostawiając mnie kompletnie samą ze swoimi, jak zwykle czarnymi myślami. Zwiesiłam głowę i zacisnęłam powieki, nie chcąc znowu płakać. Wylałam w swoim życiu tyle łez – już wiedziałam, że to na nic. Mimo to, słone krople spłynęły po moich policzkach, a ja kolejny raz poczułam się taka słaba. Zaszlochałam cicho, zaciskając palce na zimnym metalu. Ciężko było pogodzić się ze stratą przyjaciela.
                Z utratą jedynego przyjaciela jeszcze trudniej.
                Nie miałam pojęcia, kiedy udało mi się pozbierać do kupy swoje rozdarte serce i choć trochę uspokoić. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, jedyne czego pragnęłam to wydostać się z tego pieprzonego miasta i zaszyć się gdzieś w lesie, daleko od ludzi. Ci, już wszyscy bez wyjątku, byli moimi wrogami. Nie łudziłam się, jak kiedyś, że są jakieś dobre osoby na tym świecie. Och, jakże naiwną byłam wtedy osóbką. Po tym, jak Felicity wprost powiedziała, że nie chce się ze mną zadawać, straciłam jedynego przychylnego mi człowieka. Obecnie społeczeństwo dzieliło się na ludzi, którzy chcą zgarnąć za mnie nagrodę, na innych wyrzutków, którzy zazwyczaj również nie życzyli mi dobrze i na mnie. Ponura rzeczywistość, ale taka była prawda.
                Jak w transie dotarłam do hotelu, w którym się zatrzymałam. Znajdował się w dzielnicy zamieszkiwanej przez takich, co to im się udało legalnie wydostać z zakładów pracy, bądź takich, którzy przenieśli się z mniejszych miast do centralnego, ale nie należeli do Elity. Budynek, który tymczasowo zamieszkiwałam, był malutki, w porównaniu z innymi budynkami miasta centralnego i dosyć zaniedbany, sprawiał wręcz wrażenie, jakby w każdej chwili miał się zawalić. Mający zaledwie cztery skromne pięterka, utrzymany w barwach szarości z przeraźliwie skrzypiącymi drzwiami wejściowymi, migocącym napisem Hotel oraz wiecznie drzemiącą recepcjonistką wyglądał na idealne miejsce dla typów spod ciemnej gwiazdy. Takich jak ja.
                Mój pokój mieścił się na pierwszym piętrze, z którego, jakby co, nie było jeszcze tak trudno uciec przez okno. Wspinanie się po schodach nie zajęło mi wiele czasu, zaraz znalazłam się przed drzwiami oznaczonymi numerem dwanaście. Drżącymi rękami wyciągnęłam klucz z wewnętrznej kieszeni kurtki i po chwilowych problemach wcisnęłam go do zamka. Weszłam do środka, gdzie niemal natychmiast ogarnęło mnie przyjemne ciepło. Pomieszczenie nie było zbyt duże, ale wystarczające dla jednej osoby. Pod ścianą stało małe i dość twarde, niepościelone łóżko. Obok posłania znajdowała się szafka nocna, na której leżał mój plecak podróżny. Dwa okna, pokryte smugami zasłaniały poszarzałe, niegdyś zapewne białe zasłony, a podłogę wyścielał żółty dywan. Ze ścian pomalowanych na zgniłozielony kolor odchodziła farba, a obok kaloryfera wisiało zakurzone, przekrzywione lustro. Z cichym westchnieniem złapałam mój plecak i wyciągnęłam z niego opróżnioną do połowy butelkę wody, której upiłam kilka łyków. Potem ściągnęłam perukę, którą rzuciłam na szafkę, po czym zmęczona rzuciłam się na łóżko. Chwilę tak leżałam obojętnie wpatrzona w sufit. Myślami znów wróciłam do Felicity.
                Dotarło do mnie dość szybko, że zazdroszczę jej, jeszcze bardziej niż Elicie. I był to inny rodzaj zazdrości, o wiele bardziej bolesny. Bo mogłam być zła, że Elita ma bogactwa, o jakich mi się nie śniło i beztroskę, która niegdyś była moim marzeniem, ale też wiedziałam, że nigdy, przenigdy nie mogłabym mieć tego, co oni. A z Felicity sprawa wyglądała inaczej – obie wychowałyśmy się w zakładzie pracy, doświadczając głodu i biedy, z tą różnicą, że jej udało się wybić, poukładać sobie życie. A ja? Ja mogłam mieć to wszystko, co ona – bezpieczny dom, kogoś, kto by mnie kochał, pracę, która dawałaby mi satysfakcję, a nie była przymusem. Tymczasem stałam się najbardziej poszukiwaną kryminalistką na świecie, dla której ta sielanka przestała być dostępna. Bo musiałam się zemścić, na tych, którzy mnie skrzywdzili, którzy zabili moich bliskich.
                Felicity była naprawdę szczęśliwa, a ja wciąż nie mogłam uwolnić się od demonów przeszłości.
                Nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam. Gdy obudziłam się, świtało, więc nie mogłam spać więcej niż kilka godzin. Obolała i wciąż zmęczona usiadłam, po czym odruchowo przetarłam zaspane oczy. Byłam przyzwyczajona do krótkich przerw na spanie, tak właściwie to niemal zawsze chodziłam niewyspana. Bałam się zasypiać, bo zazwyczaj łączyło się to z koszmarami. A i przed snem czułam niepokój, zawsze mając wrażenie, że jak tylko zamknę oczy i stracę czujność, ktoś poderżnie mi gardło. Ach, te moje paranoje.
                Wstałam i po szybkim przeciągnięciu się, rozsunęłam zasłony, a światło słońca w mgnieniu oka zalało pokój. Jak gdyby nigdy nic rozejrzałam się po pokoju i wtedy dostrzegłam jakiś papierek pod moimi drzwiami. Zmarszczyłam brwi, pewna, że kiedy wróciłam, tego tam nie było. Ostrożnie, jakby to miała być bomba, podeszłam do karteczki. Ukucnęłam i wzięłam ją w dwa palce. Wtedy zauważyłam, że to krótki liścik.
                – Zrobione – przeczytałam na głos, w mig pojmując, że to od Felicity. Wciąż miała ten zamaszysty, lekko pochyły charakter pisma. – Nie wiem, ile te dane przetrwają w systemie, trochę wzmocnili ochronę, a i komputerowców mają podobno lepszych niż kiedyś. Dla pewności lepiej trzymaj się z daleka od centralnych. Powodzenia. – Zgniotłam kartkę i po wyrzuceniu jej do kosza chwyciłam mój plecak, ciesząc się jak głupia, że wreszcie mogę wyjechać.
                Pobieżnie sprawdziłam, czy wzięłam wszystkie moje rzeczy. Nie miałam wiele – mój bagaż składał się z trzech butelek wody, koca, kawałka lustra, cienkiej sukienki na cieplejsze dni, tabletek przeciwbólowych i psychotropowych, trucizn mojej roboty oraz pieniędzy, które ukradłam bezimiennym mieszkańcom sektora dziewiątego. Ach tak, było jeszcze zdjęcie rodzinne, które powinnam spalić, bo przynosiło więcej bólu niż radości. Jednak nie potrafiłam tego zrobić, tylko nosiłam je wciąż przy sobie, pilnując, jak jakiegoś przeklętego skarbu.
                Moje ciemne, wiecznie nieukładające się włosy związałam w warkocz, który przypięłam kilkoma wsuwkami do głowy. Potem założyłam perukę i ciemne okulary, po czym zarzuciłam plecak na ramię i wyszłam. Klucze zostawiłam na recepcji, nie trudząc się, by obudzić drzemiącą pracownicę hotelu.
Zimny wiatr owionął moją twarz, kiedy znalazłam się na zewnątrz. Ręce wcisnęłam w kieszenie kurtki, pewnym krokiem maszerując w stronę bramy głównej. Najważniejszą zasadą uwiarygodnienia przebrania była swoboda. Ten, kto się bał i był spięty, najczęściej miał coś na sumieniu i automatycznie stawał się podejrzany. Tak, jak myślałam, stało tam dwóch strażników porządku. Obaj mieli zmęczenie wymalowane na twarzy, najwyraźniej byli to jeszcze ci z nocnej zmiany.
Ich stroje nie różniły się aż tak od tych strażników, których pamiętałam z zakładu. I jeden, i drugi ubrany był w czarny, lśniący kombinezon i szarą kamizelkę, do której na piersi przyszyty był symbol Komitetu Zmiany, a także wojskowe buty. Przy pasie każdy z nich miał pistolet. Wyjątkowo nie mieli na głowach swoich hełmów, więc mogłam przyjrzeć się ich twarzom.
Wyższy z nich, a także starszy, miał kwadratową szczękę, niewielki zarost i kilka siwych włosów odznaczających się wśród ciemnych, krótko obciętych włosów. Oczy miał zimne, stalowe, które patrzyły na mnie z nieukrywaną wyższością. O tak, nie da się ukryć, że strażnicy byli zaraz po Elicie najbardziej uprzywilejowaną grupą ludzi, o ile można było ich tak jeszcze nazywać. Bardziej przypominali roboty, zwłaszcza w tych swoich metalowych hełmach. Nic więc dziwnego, że w zakładach nazywaliśmy ich między sobą robolami.
Drugi ze strażników był młody, znacznie młodszy od swojego towarzysza, wyglądał również na młodszego ode mnie, mógł mieć najwyżej szesnaście lat. Miał bladą, pociągłą twarz, na której odznaczało się kilka pryszczy, niebieskie oczy i lekko odstające uszy. Jego blond włosy były zaczesane do tyłu na żelu. Wyglądał na trochę przestraszonego, kto wie, może to była jego pierwsza zmiana w życiu. Widać było, że jeszcze nie odnajduje się w robocie, bo rozglądał się na boki, byle tylko nie patrzeć zbyt długo na mnie. Jednakże, kiedy już spojrzał na moją osobę w jego wzroku aż nazbyt widoczny był żal, może też wstyd i to zdradziło, że chłopak nie siedzi w tym fachu dostatecznie długo, by traktować innych albo jak powietrze, albo potencjalne zagrożenie. Nie wiedziałam co takiego ma na sumieniu, ale zdawałam sobie sprawę z jednej rzeczy. W pracy strażnika nie było miejsca na coś takiego jak uczucia.
– Mamy wytyczne, aby przeprowadzać kontrolę tożsamości podróżujących – wyrecytował dobrze znaną mi gadkę starszy mężczyzna. Kątem oka widziałam, jak ten drugi wyciąga niewielki sprzęt, zaledwie z jednym guzikiem, który po przyciśnięciu zmienił się w płaski ekran. Uśmiechnęłam się najmniej sztucznie, jak tylko potrafiłam.
– Ależ oczywiście, rozumiem.
– Imię i nazwisko?
– Allegra Fry.
– Miejsce urodzenia?
– Sektor czwarty.
– Zakład pracy, miasto?
– Zakład.
– Zawód?
– Lekarz – odpowiadałam wyuczonymi już dawno temu odpowiedziami, mając nadzieję, że wyglądam na pewną tego, co mówię i, co ważniejsze, rozluźnioną. Młody przeszukiwał bazę danych, a ja czekałam z szybko bijącym sercem.
– Ciągle szukacie tej sławnej paranoiczki, jak jej tam było? Joy? – spytałam, bo gadanie pomagało mi się rozluźnić. Robienie z nich idiotów dodatkowo sprawiało mi frajdę i pomagało na chwilę zapomnieć, że cały czas balansuję na krawędzi. W każdej chwili coś mogło pójść nie tak. W każdej chwili mogłam się czymś zdradzić. W każdej chwili strażnicy mogli zorientować się, z kim mają do czynienia. A to oznaczałoby mój koniec.
– Tak, ale na pewno wkrótce ją dorwiemy. To bardzo niebezpieczna kryminalistka, dlatego robimy wszystko, co w naszej mocy, aby ochronić przed nią innych – odparł dumnie starszy strażnik. Powstrzymałam się od głośnego zachichotania.
– No tak, jak to dobrze, że mamy was, strażników – powiedziałam, starając się nie zabrzmieć ironicznie. W końcu dzieciak stwierdził, że wszystko się zgadza i przepuścili mnie, życząc miłej podróży. Ja w duchu odetchnęłam z ulgą, po czym ruszyłam przed siebie, śmiejąc się pod nosem. Gdyby tylko znali prawdę, zdaliby sobie sprawę, jak nieudolni i żałośni są. Cóż, ale szczerość była przereklamowana, światem od dawna rządziło kłamstwo. Umiejętne kłamstwo.
Przedzierając się przez las, starałam się już nie myśleć o Felicity. Nie chciałam ciągle rozważać zamkniętych spraw – ona podjęła decyzję, ja zdecydowałam się ją uszanować. Tego mieliśmy się trzymać. Co z tego, że prócz niej wszyscy moi bliscy nie żyli.
Musiałam się w końcu pogodzić z obecnym stanem rzeczy – nie było już nikogo, kto byłby po mojej stronie. I to trochę mnie przytłaczało, ale próbowałam to zignorować. Sama wybrałam taką drogę – pozbawioną przyszłości, pełną krwi, żądzy zemsty, gniewu i samotności. Wiedziałam, że właśnie to doprowadziło do powstania tej Joy, którą wszyscy nienawidzą i próbują się pozbyć na wszystkie możliwe sposoby, bo jest psychopatyczną morderczynią, jedną z najgroźniejszych kryminalistów, a dla Komitetu to problem, wrzut na tyłku, którego za cholerę nie można wyeliminować. Taką prawdę przedstawiały światu media, a ja z czasem zaczynałam wątpić, czy prawdziwa Joy, która nie jest jedynie sławną paranoiczką, w ogóle istnieje.
Nic dziwnego, że z dnia na dzień popadałam w coraz większe szaleństwo.
W pewnym momencie, kiedy już nogi bolały mnie niemiłosiernie, a słońce leniwie chyliło się ku zachodowi, dotarłam na niewielką polanę, na której znajdował się domek, który na pierwszy rzut oka wyglądał na opuszczony. Porozbijane szyby, odrapane drzwi i rozrastające się wszędzie zielsko i chwasty mówiły same za siebie – porzucony od lat. Jednakże zdawałam sobie sprawy, że pozory często mylą i nie powinnam nawet myśleć o zatrzymaniu się w tym domku, ale nie mogłam się powstrzymać. Spędzanie nocy na dworze powoli przestawało być bezpieczne – robiło się już naprawdę zimno, a ja nie chciałam zamarznąć na śmierć. Myśl, że jeszcze tę jedną noc nie spędzę, próbując zasnąć w jakiejś jaskini, szczękając zębami i klnąc na krople, które ciągle skapują mi z sufitu na głowę, była zbyt kusząca. Zadowolona, prędkim krokiem podążyłam w stronę chatki. Niezrażona lekkim niepokojem, który towarzyszył mi niemal na każdym kroku życia, uchyliłam drzwi i weszłam do środka, wprost w objęcia nieprzeniknionej ciemności.

Wtedy wszechogarniającą ciszę rozdarł mój krzyk. 



_____________________________
Hejka! ;) Przybywam z pierwszym, dość mocno zmienionym rozdziałem. Chociaż pisanie go zajęło mi dłużej niż myślałam, to jednak uważam że wyszedł mi całkiem nieźle. Czekam na wasze opinie w komentarzach :D Za błędy, jeśli jakieś są, to bardzo przepraszam.
Pozdrawiam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz