sobota, 29 kwietnia 2017

7.

Niby-pielęgniarka okazała się sanitariuszką i miała na imię Sophie. Po coś koło tygodnia mojego przebywania w tym więzieniu, ciągłych przesłuchaniach, na których nie pisnęłam ani słówka, za co otrzymałam kilka (może kilkanaście) siniaków postanowiłam uciec, co było jednym z moich najgłupszych pomysłów w życiu, a trochę ich było. Ogłuszyłam wartownika, zwinęłam klucze i nie zdążyłam nawet dolecieć do windy, gdy zostałam postrzelona w nogę. Zawleczono mnie do celi, a ja starałam się jakoś przetrzymać ból, który eksplodował z mojej nogi, co nie należało do łatwych zadań. 
Nie mam pojęcia ile tak leżała, skulona na podłodze. Nikt najwyraźniej nie był zainteresowany, czy się nie wykrwawiam na śmierć. Zacisnęłam powieki, powstrzymując niechciane łzy. Kiedy znów otworzyłam oczy, skierowałam mój wzrok na ranę – nogawka moich spodni przesiąknięta była krwią, która tworzyła już niewielką kałużę na podłodze, w pobliżu miejsca zranienia. Oddychając ciężko, wbiłam paznokcie w ramiona, próbując jakoś odwrócić swoją uwagę od postrzelonej nogi. Zacisnęłam zęby i zaklęłam głośno. Nie było mowy, by ktoś podał mi leki przeciwbólowe, a bez nich naprawdę trudno było poradzić sobie z tym okropnym bólem. Czułam się jak ostatnia idiotka. Co mi strzeliło do głowy, by tak lekkomyślnie próbować uciec?, zastanawiałam się. To był błąd, duży błąd, za który w tamtym momencie musiałam tak strasznie cierpieć. Powolna śmierć przez wykrwawianie była jedną z najgorszych, ale ja wiedziałam, że nie pozwolą mi umrzeć. Jakby na potwierdzenie moich słów, przerwali moje męczarnię w samotności, przysyłając mi ją – sanitariuszkę Sophie, o której w tydzień dowiedziałam się tyle, co nic. 
W grobowym milczeniu siedziałam oparta o chłodną ścianę, zaciskając ręce w pięści, gdy opatrywała mi nogę. O takich luksusach, jak leki przeciwbólowe mogłam tylko pomarzyć. Nie mogąc patrzeć na ranną nogę, wpatrywałam się w skupioną twarz dziewczyny, która powoli i dokładnie wykonywała swoją pracę. Intrygowała mnie, chciałam ją poznać, dowiedzieć się kim naprawdę jest, jak żyje. Dlaczego? Istniały dwa powody. Pierwszy był dość prosty – musiałam sobie jakoś urozmaicić moją codziennością, mieć jakiś cel, do którego mogłabym dążyć. Nie oszukujmy się – o knuciu planów w kategorii ucieczka nie było nawet mowy, zwłaszcza po ostatnim epizodzie, który najchętniej wymazałabym z pamięci. A gdybym nie zajmowała się niczym poza przesłuchaniami, które powoli stawały się moją rutyną, zwariowałabym i złamała, mówiąc im wszystko to, co chcieli usłyszeć. Drugi powód był nieco inny, tłumaczył, dlaczego zainteresowałam się Sophie, a nie tym drugim chłopaczkiem, który notował moje słowa na każdym przesłuchaniu. Odpowiedź była prosta. Bo widziałam w niej dawną siebie. 
Jęknęłam i zacisnęłam powieki, gdy sanitariuszka oczyszczała ranę. Po chwili uspokoiłam się i znów zaczęłam ją obserwować. Sophie swoje krótkie brązowe włosy, upięte miała w kucyk na karku, ale kilka kosmyków wciąż nachodziło jej na twarz. Miała mały, lekko zadarty nos i wąskie usta, a nad jej prawą brwią znajdowała się niewielka blizna – jedyna skaza na jej jasnej skórze. Usilnie unikała mojego wzroku. Była młoda, wydawała mi się trochę młodsza ode mnie. W jej urodzie było coś, co nadawało jej niewinny, niemal dziecięcy wygląd. 
– Bardzo boli? – odezwała się nagle Sophie. Przeniosłam na nią moje puste spojrzenie.
– Nie – skłamałam. Z jakiegoś powodu chciałam grać silną, ale chyba nie wychodziło mi to najlepiej, bo sekundę później znów syknęłam z bólu. 
– To było głupie, od początku skazane na niepowodzenie – dziewczyna mówiła cicho, wiedziałam, że chodzi jej o moją próbę ucieczki – Stąd nie da się uciec. Najlepiej dla ciebie, jak przestaniesz zgrywać niezłomną i powiesz im, co chcą wiedzieć.
– Martwisz się o mnie? Ciekawe – mruknęłam, przymykając oczy. Nagle zaczęła boleć mnie głowa. A może od dawna mnie bolała, tylko tego nie zauważyłam zaabsorbowana dużo silniejszym bólem, pochodzącym z rany postrzałowej. 
– Współczuje ci. Z tych wszystkich więźniów wydajesz się… najmniej zła. Jakbyś została niemal zmuszona do bycia kryminalistką – Śmieszne, prawie trafiła. 
– Bo zostałam – odparłam, marszcząc brwi. Ból z każdą chwilą się nasilał, do tego zdałam sobie sprawę, że jest mi gorąco. Bardzo gorąco, chociaż pamiętałam, że w mojej celi było chłodno. 
– Więc ktoś cię zmusił, żebyś zabijała? – Uchyliłam powieki. Na twarzy Sophie widziałam zaciekawienie. W końcu kogo nie ciekawiła tak tajemnicza postać, jaką byłam ja – niemal legendarna Joy? 
– Nie – powiedziałam szczerze. Znałam moje zbrodnie i nie byłam z nich dumna. Ale nie było w tym do końca mojej winy. W końcu nie byłam psycholką żądną krwi, która mordowała pierwszą, lepszą osobę, tylko osobą pragnącą zemsty. Mścicielem. To była różnica, przynajmniej dla mnie. 
– Więc niczym się od nich nie różnisz – wywnioskowała sanitariuszka, a ja westchnęłam, przyglądając się obandażowanej już nodze. 
– Łatwo oceniać, gdy się nie rozumie.
– Tu nie ma nic do rozumienia. Zabiłaś tych ludzi – zaprotestowała żywo Sophie. Nie wiem jaki sens miała nasza rozmowa, ale nie chciałam jej przerywać. Sanitariuszka próbowała chyba dojść, czy jestem zła, czy też nie, chociaż nawet ja sama nie znałam na to pytanie odpowiedzi. Nie było przecież dobrych i złych ludzi, wszystko nie dzieliło się na czarne i białe. Były odcienie szarości. I ja chyba byłam jednym z nich, a przynajmniej miałam taką nadzieję. 
– Zasłużyli na śmierć – zawyrokowałam, pewna swego. Widziałam, co zrobili, nie mordowałam niewinnych. Oni zniszczyli moje życie, więc ja odebrałam im ich. 
– Kim jesteś, żeby to oceniać? – zapytała jakby ze zgorszeniem. 
– Nikim – odparłam, wzruszając ramionami. Nagle zrobiłam się strasznie senna. 
– Dobrze się czujesz? – spytała Sophie, a ja miałam ochotę wybuchnąć głośnym śmiechem. Nie wiedziałam, jak mogę czuć się dobrze po tygodniu ciągłych tortur, postrzeleniu w nogę i z niezaleczonym choróbskiem. Nie licząc bólu promieniującego z mojej nogi, obolałego i posiniaczonego ciała, kataru, uderzeń na przemian gorąca i zimna oraz bólu głowy, to wszystko było świetnie. No tak, jeszcze gardło piekło mnie, jak cholera. 
Szatynka przyłożyła swoją drobną, delikatną dłoń do mojego czoła. W porównaniu z moją rozpaloną skórą jej ręka była wręcz lodowata. Zadrżałam, a dziewczyna ze strachem i niepokojem, odsunęła się. 
– Masz gorączkę – stwierdziła, marszcząc brwi.
– Wiem – Sophie patrzyła na mnie z wyrzutem. Potem wstała. 
– Idę po leki – oznajmiła. 
– Nie pozwolą ci – powiedziałam zmęczonym głosem. Naprawdę chciało mi się spać.
– Przecież to niebezpieczne, jak nic nie zrobię, to umrzesz, a tego nikt nie chce.
– Na razie. Kiedy tamci dojdą do wniosku, że nic im nie powiem, zabiją mnie przy pierwszej lepszej okazji – Przewidywałam taki scenariusz już od jakiegoś czasu.
– Nie liczyłabym na to.
– Jak to? – zdziwiłam się.
– Egzekucje tak sławnych przestępców, jak ty, odbywają się zwykle w miejscu publicznym, transmitowane na wszystkie sektory – wyjaśniła sanitariuszka – Postaram się coś załatwić. Obiecuję, Joy. – Najwyraźniej Sophie albo nie potrafiła zostawić mnie schorowaną samą sobie, albo mimo wszystko zdałam jej niepisany egzamin zatytułowany człowieczeństwo wyjętego spod prawa. Hmm, niezły tytuł na autobiografię. 
Przez kolejne kilka godzin (a przynajmniej tak mi się wydawało – wciąż nie miałam żadnego zegarka) próbowałam zasnąć – bezskutecznie. Zarówno gorączka, jak i kłębiące się w mojej głowie myśli znacząco to utrudniały. Leżałam na podłodze mojej celi, jako że o takich rzeczach jak łóżko, nie było nawet mowy. Wpatrzona w sufit zdałam sobie sprawę, że znów zostałam sama. Mogłam liczyć tylko na siebie, ewentualnie odrobinę na Sophie, która była jedyną życzliwą duszą w tym miejscu. Draco po mnie nie wróci, po co miałby narażać swoje życie i tyle ryzykować, by mnie stąd wydostać? Znajdzie kogoś innego, kto sprosta jego oczekiwaniom, a przy tym nie będzie tak irytujący, kłopotliwy, nieostrożny i zakompleksiony jak ja. Jakby się tak zastanowić to chyba faktycznie miałam jakiś problem z obiektywną oceną samej siebie – coraz rzadziej widziałam w sobie pozytywy. A może już w ogóle ich nie było? Nie wiedziałam.
Nie miałam pojęcia, ile jeszcze wytrzymam w tym okropnym miejscu, ile jeszcze będą mnie dręczyć, kiedy ja w końcu nie wytrzymam i powiem wszystko. Zawsze zastanawiałam się, czy jestem silna psychicznie. Wreszcie miałam dostać odpowiedź. Ciekawe tylko czy mnie zadowoli. Naprawdę bardzo ciekawe. 
***
Policzek zapiekł mnie nieprzyjemnie, gdy Cameron One uderzył mnie za kolejną, milczącą odpowiedź. Mówił, że mnie złamie, że złamał każdego. Cóż, ze mną nie szło tak łatwo, jak myślał z początku, ale był pewien, że w końcu się uda. Zawsze mu się udawało, jak twierdził. 
Sophie wbrew moim przypuszczeniom udało się skombinować lekarstwa, które ja z wdzięcznością brałam. Jednak moja choroba, nie stała na przeszkodzie co do dalszych przesłuchań, a przynajmniej tak uważał Łowca. 
Blondyn oparł dłonie na stoliku i pochylił się tak, że nasze twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Poczułam jego gorący oddech, ale skupiłam się na oczach, które z taką samą zawziętością co moje wpatrywały się w osobę naprzeciwko. Gdyby wzrok mógł zabijać, już dawno, dawno temu oboje bylibyśmy martwi. Nagle z jego twarzy zniknęła cała wściekłość, a usta znów rozciągnęły się w szerokim, szyderczym uśmiechu. Bawiłam go, byłam zabawką, której dręczenie sprawiało mu chorą satysfakcję. Ja wciąż trzymałam fason i nie zmieniłam mimiki. Za wszelką cenę starałam się ukryć wszystkie swoje słabości i to, że jestem na granicy wytrzymałości, zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Wychodziło mi to całkiem nieźle, w końcu miałam już wprawę w udawaniu kogoś kim nie jestem. 
Miałam nieodpartą chęć splunięcia temu sadyście w twarz, by okazać swoją pogardę wobec takich ludzi jak on, ale w porę się powstrzymałam. Rozsądek wziął górę nad emocjami – wszystko bolało mnie okropnie, a ja nie chciałam znów oberwać, przy tym na własne życzenie. 
– To jak, Joy? Daję ci ostatnią szansę. Odpowiesz na moje pytania? – Wyprostował się i skrzyżował ręce na piersi. Miał taką minę, jakby wpadł na genialny pomysł, co mi szczerze mówiąc ani trochę się nie podobało.  
– Po moim trupie – warknęłam, chociaż każda cząstka mojego ciała krzyczała: odpuść. Tyle że ja nie mogłam. Poddając się, przegrałabym całą wojnę, jaką dawno temu wypowiedziałam naszej władzy. 
– Dobrze. W takim razie nasze przesłuchania przejdą na nowy etap, przeznaczony dla tych… opornych – Cameron uśmiechnął się jadowicie, a ja przełknęłam ślinę.
Zdałam sobie sprawę, że zabawa w kotka i myszkę się skończyła, a zaczęła prawdziwa walka o przetrwanie.


_________________________
Hejka! :D Przybywam z nowym rozdziałem, następny mam już zaczęty, więc mam nadzieję, że pojawi się wcześniej niż ten. Z siódemki jestem całkiem zadowolona, łatwo mi się pisało, mam teraz mega wenę. Czekam na wasze opinie w komentarzach. Zam błędy, jeśli są, przepraszam.
Pozdrawiam :*